RSS
czwartek, 27 listopada 2008
Mumbai, listopad 2008
Weszłam dzisiaj rano do pracowej kuchni, patrzę sobie na obrazek w telewizorni i myślę: - O, Bombaj, o, nawet sporo wody w oceanie. Kiedy tam byłam, nie było jej tyle, nie było jej praktycznie w ogóle, był tylko muł.
Za chwilę inny obrazek: płonący hotel Taj Mahal, rozmazana krew na posadzce Victoria Terminus...

To że nie mam telewizora i nie słucham radia, nie znaczy, że nie interesuję się tym, co się dzieje na świecie (a Indiami, siłą rzeczy, interesuję się bardziej, jak każdym miejscem, w którym byłam...). Oto, co przeoczyłam od powrotu z Indii:

Maj 2008 r. - 80 ludzi zginęło i nie mniej niż 100 zostało rannych w następstwie serii siedmiu zamachów bombowych w Dżajpurze w północno-zachodnich Indiach.

Lipiec 2008 r. - W Ahmadabadzie na zachodzie Indii eksplodowało 16 niewielkich ładunków wybuchowych, zabijając 45 osób. Władze indyjskie oskarżyły o organizację zamachu muzułmańskich ekstremistów.

Wrzesień 2008 r . - W serii skoordynowanych ataków w kilku zatłoczonych miejscach handlowych w Delhi islamistyczne ugrupowanie Indyjscy Mudżahedini zabiło co najmniej 21 osób.

Październik 2008 r. - 76 osób zginęło w stanie Asam w północno- wschodnich Indiach w serii jedenastu zamachów, do których przeprowadzenia przyznało się islamskie ugrupowanie Siły Bezpieczeństwa Islamskiego-Indyjscy Mudżahedini.

Czy to rzeczywiście przeoczenie, czy po prostu w mediach mówi się i pisze tylko totalne bzdety? Jakie majtki nosi Cichopek, z kim się prowadza Rosati, ile wypiła posłanka Kruk - to są informacje opisywane na pierwszych stronach serwisów (i to nie pudelka czy innych plotków, ale zwykłych serwisów informacyjnych typu gazeta, onet, interia czy inne dziadostwo)...

Czy dopiero liczba ofiar powyżej setki, kule ognia, tryskająca krew i Polacy wśród ofiar sprawiają, że informacja jest godna wzmianki w mediach???

Muzułumanie mają dżihad, Hinduiści mają Sziwę, a my mamy gówno. Gówno też zabija, choć mniej spektakularnie. I to zabija duszę. I mózg. Amen.
13:57, gonieczka
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 03 marca 2008
Post scriptum część 2
Jakoś od powrotu nic nam odkrywczego nie przychodziło do głowy. Czasem wymieniamy jakieś uwagi nt. rzeczywistości. Ostatnio, jadąc SKM-ką, stwierdziłyśmy, że wreszcie w pełni dotarła do nas wypowiedź Maklakiewicza z Rejsu na temat polskiej kinematografii (i nie o kinematografię nam chodziło).
Może jeszcze zapachy: uświadomiłyśmy sobie, że, mimo upału i wszechogarniającego brudu (przez szyby niewiele widać, a na szybach, siedzeniach i podłodze często widnieją ślady przeszłych dolegliwości żołądkowych), w środkach transportu W OGÓLE NIE ŚMIERDZI (co jest bardzo dziwne dla kogoś, kto na co dzień porusza się komunikacją miejską w Polsce). Ciężko jest w Indiach wyodrębnić konkretny zapach - na pewno dawało się wyczuć spaliny, kadzidła, przyprawy, betel (jego ślady też nietrudno zauważyć nawet w łazienkach hotelowych i na pościeli), a w pobliżu "akwenów" - szambo, jednak Indie mają swój zapach, którego nie da się ani opisać, ani porównać z niczym innym.
Jest bardzo dobra książka "Mozaika indyjska" Tomasza Mazura. Świetnie oddaje wrażenia, które były również naszym udziałem.
Zacytuję kilka fragmentów (głównie dla siebie, bo lubię sobie zapisywać trafne sformułowania):
"Podróż do Indii od początku wiedzie na kresy możliwości fizycznych, psychicznych, moralnych, estetycznych. Do tej pory zdawałem się rozróżniać kolory, czuć smaki i zapachy, widzieć ludzi przy pracy, wiedzieć, co to znaczy ludzka masa. Tu wszystko to, czego do tej pory doświadczyłem, wydaje się płaskie i bezbarwne. (...) Indie nie mogą się podobać, bo ogrom rzeczy strasznych nie pozwala odizolowac tego co piękne od reszty. Indie nie mogą zachwycać, bo przerażenie, jakie w Europie może pozostać przez całe życie uczuciem znanym jedynie z opisów, tu staje się powszedniością. (...) Indie nie mogą budzić uczucia miłości, szczególnie tej od pierwszego wejrzenia, podobnie jak nie mogą czy też nie powinny przytłoczyć całkowicie masą swej brzydoty.
A jednak Indie wciągają w jakiś niepojęty sposób. Fascynują, przerażają, budzą uśpione w nas bestie i... zmuszają do powrotu."
Jeszcze jedno bardzo uniwersalne (przy okazji rozważań, dlaczego w Indiach w XVIII wieku nie używano teleskopu, a budowano olbrzymie kamienne instrumenty astronomiczne): "Zmiana metody naukowych poszukiwań nie jest wyłącznie kwestią prostego sięgnięcia po nowy instrument. Takie posunięcie wymaga uprzedniej ewolucji sposobu myślenia, zakłada pogodzenie się z nową wizją świata. Wizją, w której człowiek nie czeka z pokorą na objawienie, lecz przemocą stawia na swoim. (...) Los rzeczy i spraw, jakie spotykają nas w życiu, bardziej niż od nich samych zależy od nas. Decydujące jest nie to, co staje nam na drodze, ale to, co z tym zrobimy."
Książka jest świetna, nie wiem jednak, jak bym ją odbierała, gdybym nie była w Indiach. Nic nie zastąpi doświadczenia (i wyobraźnia, tudzież jej brak, nic tu nie mają do rzeczy).
09:57, gonieczka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 lutego 2008
Post scriptum część 1
Jesteśmy już w kraju. Całe i zdrowe. Mówi się, że podróże kształcą (niektórzy dodają: wykształconych). Potwierdzamy - jest to absolutna prawda.

Czego się nauczyłyśmy:
- "thinking is not good for health"
- talerz, sztućce ani czyste ręce nie są niezbędne do spożywania posiłków
- spożywanie stałych pokarmów nie jest niezbędne do życia
- ukraiński spirytus zawsze wygrywa walkę z bakteriami i wirusami (jeśli chodzi o pasożyty - jeszcze nie sprawdzono, ale pasożyty chyba niestety lubią ukraiński spirytus)
- "life is life, death is death"
- nie wszędzie "only one person" oznacza jedną osobę - zdarza się, że oznacza 8 osób z plecakami/workami/baliami/kozami etc.
- mężczyźni w niektórych zakątkach świata mają niesamowitą wydolność seksualną (informacja niepotwierdzona empirycznie)
- obecność telewizora w mieszkaniu/hotelu często wyklucza obecność ciepłej wody (a czasami wody bieżącej w ogóle)
- łatwiej żyć bez dachu, bieżącej wody, toalety, mebli, detergentów i przyborów do obcinania paznokci niż bez telewizora, anteny satelitarnej i alkoholu - wniosek: potrzeby duchowe/spirytualne przeważają nad potrzebami ciała
- człowiek jest zwierzęciem stadnym, a zależności hierarchiczne w stadzie ludzkim łatwo jest obserwować z zewnątrz
- jeżeli mężczyźni trzymają się za ręce i głaszczą po pośladkach, oznacza to, że boją się zgubić w zatłoczonym miejscu (a przyzwyczajenie, jak wiadomo, jest drugą naturą człowieka)
- no money, no problem, no sex, no problem
- smiling is free
- looking is free (dotyczy tylko Hindusów - vide: Taj Mahal)

cdn.
15:56, gonieczka
Link Komentarze (1) »
środa, 06 lutego 2008
Jaisalmer again, Udaipur

W Jaisalmerze zostalymy jeszcze jeden dzien, gdyz zaproponowano nam safari jeepem. Bylo bardzo milo. Jezdzilysmy na wielbladach, pilysmy rum, a potem blakalysmy sie po wydmach w poszukiwaniu samochodu. Kiedy znalezlismy samochod, nasz pijany kierowca stanal na wysokosci zadania i dowiozl nas szczesliwie do hotelu. Zmeczenie go dopadlo i chcial zostac na noc, ale nie zostal :-)

Dzien wczesniej tez mialysmy mnostwo wspanialych wrazen. Bylysmy z naszymi milymi kierowcami motorow w opuszczonym miasteczku na pustyni, gdzie krecono akurat bollywodzki teledysk, zobaczylysmy kilka swiatyn, cmentarz jaisalmerskich krolow, "jurassic cactus park" i zwiedzilysmy cale miasto, ktore jest naprawde zachwycajace - fasady budynkow sa kunsztownie zdobione kamiennymi koronkami. Dzis doszlysmy do wniosku, ze ci wszyscy rzezbiarze musieli umrzec z przepracowania, nie przekazawszy uprzednio cennycg genow kolejnym pokoleniom.

Wczoraj po poludniu wsiadlysmy do autobusu, ktory na miejsce mial dojechac ok. 4 (am). Zakupionych biletow: 3, przewiezionych pasazerow: 2. Na miejscu bylysmy ok 5. Nikt na nas nie czekal. Poniewaz rozpieszczone jestemy zainteresowaniem nam tu okazywanym, nie pojechalysmy do hotelu naszych jaisalmerskich znajomych, gdzie mialysmy zarezerwowany pokoj (a kto wie, czy nie dwa...). Wsiadlysmy do motorykszy, rozpusciwszy na postoju wici, ze jedziemy do hotelu Karczochy, czy jakos tak, po czym udalysmy sie do innego. Do chwili obecnej nie zostalysmy odnalezione ;-)

Jutro wieczorem wsiadamy w pociag do Bombaju, a potem - Viva AlItalia!

Wniosek: przyuwaz, z kim fruwasz

Udaipur:


07:50, gonieczka
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 04 lutego 2008
Jaisalmer

Kochany Pamietniczku,

Tu mala Gosia. Juz dwa dni siedzimy w Jaisalmerze. Tutaj naprawde jest pieknie. Niestety to bardzo romantyczne miasto, dlatego siedze tutaj sama... i dziekuje Ganeszowi, Hanumanowi i innym tutejszym dziwnym bogom, ze ja nie jestem romantyczna ;-)

Bardzo milo spedzilysmy ostatnie dwa dni. Troche jezdzilysmy na motorach po pustyni, spalilysmy sobie lekuchno ryjki, poznalysmy, jak wyglada prawdziwe zycie ludzi w tym miescie i w pobliskiej wiosce, dzieci sie do nas usmiechaly, nosily dla nas kozy, wpychaly sie w obiektyw...

Ogolnie: uszczesliwialysmy ludzi i lamalysmy serca.

Mam nadzieje, ze dzisiaj pojedziemy dalej, tzn. do Udaipuru (ponoc najbardziej romantyczne miasto w Indiach - juz sie boje). Bilety na pociag z Udaipuru do Bombaju mamy juz zakupione. Bilety do Udaipuru w trakcie kupowania - siedze sobie tutaj, a tam gdzies nad miastem, na jednej z baszt rozstrzyga sie, czy beda to dwa czy trzy bilety...

Wiecej dzisiaj nie napisze. Czekam na druga Gosie.

Namaste


07:38, gonieczka
Link Komentarze (1) »
piątek, 01 lutego 2008
Delhi, Jaipur, Pushkar, Deshnok, Bikaner

Delhi: w temacie balsamow - spotkalysmy rodaka z Frankfurtu i poszlo 1/2 l spirytusu, cwiartka zoladkowej, 6 l wody i mala pepsi. Jechalysmy metrem i szlajalismy sie po targu. Z Delhi baaaardzo trudno sie wydostac - chyba, ze sie chce zabulic po 2200 rupii od lba za taksowke. Bylysmy twarde i za pociag do Jaipuru zaplacilysmy po 70 za lba :))




Jaipur - stolica Rajastanu. Moze troszenke czysciej w tym stanie niz w pozostalych (poziom ukrainskiego bazaru przy trasie). Widzialysmy 2 fajne rzeczy - swiatynie malp w Galtai i fort w Jaipurze (wracalysmy miejskim autobusem razem z koza - nie wiadomo, czy miala bilet i czy miala ksiecia mroku u boku).


Pushkar - swiete miasto - jedna ulica i swiete jezioro otoczone naciagaczami z czerwona kropka w miejscu trzeciego oka. Spac nie mozna bylo, bo z kazdej swiatyni (podobno pareset w miasteczku) wyja lub bebnia do polnocy, a potem od 6 rano - bardzo pracowity narod, hi hi.


Deshnok - po 6-godzinnej jezdzie miejscowym autobusem przez pustynie weszlysmy w gniazdo szczurow - bardzo ciekawa swiatynia (Karni Mata Temple). Polecamy nie tylko milosnikom tych wspanialych gryzoni :)


Bikaner - najbardziej wysuniete na polnoc miasto na naszej trasie - wlasnie czekamy na autobus o 15, ktory 8 godzin nas bedzie wiozl do Jaisalmeru - najbardziej na zachod, rowniez na skraju pustyni - tzw. zlote miasto.


07:26, gonieczka
Link Komentarze (2) »
niedziela, 27 stycznia 2008
Khajuraho, Orchha, Gwalior, Agra

- Witaj Krolu

- Skad wiesz, ze to krol?

- Bo nie jest caly umazany gownem.

W taki mniej wiecej sposob mozna odroznic osoby w miare zakorzenione w cywilizacji od calej reszty spoleczenstwa. Jednakze nawet ci zakorzenieni, np. manager oddzialu linii lotniczych, zatrzymuje terenowego Chevroleta z klima na moscie, zeby wyrzucic reklamowke pelna smieci do swietej rzeki... Bardzo duzo obserwacji socjologicznych. Tutejsi ludzie maja mentalnosc slugusow, a i tak probuja na wszystkie sposoby ojebac siebie wzajemnie, a wszyscy razem turystow.

Wrazen mialysmy mnostwo, nie wszystkie byly takie zle (tylko wiekszosc).

Khajuraho - spokojna wioska, brud jak wszedzie, ale ciszej i mniej ludzi. Swiatynie imponujace, a ludzie mowia o sobie, ze sa wyjatkowo inteligentni. Aczkolwiek, skoro musieli ich uczyc seksu w formie rzezbionego komiksu...


Orchha - spedzilysmy tam narodowe swieto, wiec syf i halas byl pewnie zwiekszony.


Gwalior - syf do kwadratu, parada na ulicy miasta, przy ktorej mialysmy cudowny hotel, gdzie zrobilysmy dym o brudna posciel. Wymienili nam na rownie brudna.


Agra - Taj Mahal - trzykrotnosc ustawowej ceny za obejrzenie zabytku w Indiach, tlumy ludzi, wydeptane trawniki, widok, jak na pocztowkach, w srodku nic do ogladania.



Moze wiecej wrazen z Delhi. Jestesmy zdrowe, co nas same zdumiewa.

11:32, gonieczka
Link Komentarze (4) »
wtorek, 22 stycznia 2008
Aurangabad, Ajanta, Ellora, Varanasi

Dotarlysmy do Varanasi. Z Bombaju pociagiem o 21 dojechalysmy na 4 rano do Aurangabadu. 1,5 kilosa pieszkom po szrutowce i juz bylysmy na dworcu autobusowym. Akurat zeby zdazyc na autobus 6 rano. 2 godziny pozniej bylysmy w Ajancie (po 3 godzinach rozklekotanym autobusem w tlumie wielbicieli) w - fajne miejsce, ale bez przesady.

Nastepnego dnia lepszy hicior - Ellora - zachwycajace. I mily akcent - nastoletni buddysta, ktory dla nas spiewal w jaskini i, co najwazniejsze, przewiozl nasze szanowne motorem, oszczedzajac dralowania w 30-st. upale po szosie. I nawet kasy nie chcial!!!



Ogolnie: co dzien myslimy, ze w kwestii syfu osiagnelysmy wyzyny. A tu nie! - zycie zaskakuje nas na kazdym kroku.

Czlowiek jest jak swinia - do wszystkiego przywyknie - podpisujemy sie pod tym czterema lapkami. Jemy juz jedzenie nakladane rekami na gazete, popijamy czajem. Jedyne, o czym musimy pamietac, to zazycie balsamow zdrowotnych przywiezionych z kraju.

Incredible India - slogan reklamujacy ten kraj nie mogl byc bardziej trafiony. Pewnych rzeczy nie da sie opisac, sfotografowac ani sfilmowac. Trzeba to poczuc, powachac, posmakowac i uslyszec (to akurat nie trudno, bo strrrrasznie halasuja).

Varanasi dzis (po 18 godzinach w pociagu) tez nas bardzo zaskoczylo. Swiete miasto - miejsce pielgrzymek - w dwoch slowach: gigantyczna kloaka. Ale jakze malownicza i kolorowa... Poki co mamy wielkie szczescie do ludzi i rozkladow jazdy. Bylysmy dzis w swiatyni, gdzie macalysmy roznych bogow, co by nam sie szczescilo (glownie lingamy;-). Mamy nadzieje, ze tego od dobrego trawienia tez nie zaniedbalysmy.


Buziaki!

16:18, gonieczka
Link Komentarze (10) »
sobota, 19 stycznia 2008
Bombaj

Szczesliwie dolecialysmy, Alitalia jest super git. Nazarte wylazlysmy z samolotu, ze hej. Winko dobre podawali i byla samoobsluga ;-)

O 24 bylysmy w miescie - pierwsze mocne wrazenia - jazda przez miasto do hotelu. Kodeks drogowy tutaj nie istnieje - trzeba miec super refleks. Po drodze: chodzi wszystko, nie patrzy, gdzie. Ludzie pozawijani leza na chodnikach, wiekszosc chodnikow rozkopana. Kanalizacja przewaznie wyglada tak, ze gowna chlustaja po elewacji.

Hotel: pokoj bez okna, maly, kibel zalepiony tasma z zapewnieniem, ze jest "disinfected"... Trudno zalac lazienke, bo prysznic leje po wszystkim spod sufitu - jest dziura w podlodze. Ciezko bylo spac, bo na korytarz wychodzila dziura, druga wychodzila z kibla do kibla obok (poranne odglosy odebraly nam lekko apetyt).

Miasto: centrum sklada sie glownie ze slumsow. Brama Indii w remoncie, ocean smierdzi g... (nie zebym sie powtarzala). Zycie toczy sie na ulicy, czesc mieszkan wyglada, jak kurniki w naszym kraju (ale telewizory graja). Obejrzalysmy: 2 swiatynie, dworzec (bardzo ladny z zewnatrz, odjezdzamy z niego o 21).

Pierwszy posilek za nami. Wlasnie zjadlysmy Masale (siedzac na krawezniku pod barem naprzeciwko dworca) z papryczkami w srodku, popilysmy balsamami przywiezionymi z kraju i modlimy sie teraz o to, zeby sie ladnie przyjelo ;-) Lezalysmy przez godzinke w wiszacych ogrodach (co jak co, ale one nie wisialy), wietrzylysmy stopy i karmilysmy male wiewiorki wyrobami cukierniczymi z Italii.

Jestesmy swieze i rzeskie jak wiosenny poranek na lubelskiej wsi!!!

Ludzie sa mili, mowia troche niewyraznie, ale ogolne wrazenie jest ok. Dzieci bose i radosne, panowie obejmuja sie wzajemnie i trzymaja za rece.

Ogolnie Bombaj jest drogi i niewiele tu do ogladania (chyba ze ktos lubi obserwowac zycie w wielu jego aspektach). Jedziemy na prowincje. Odezwiemy sie pewnie dopiero z kolejnego duzego miasta.


13:18, gonieczka
Link Komentarze (5) »